Niedziela, 26 maja 2019 r.   Imieniny: Filipa, Pauliny / Dzień Matki
Polskie Radio PiK » Zwierzenia przy muzyce

Gość programu

Jan Kanty Pawluśkiewicz

Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Beata Bierońska-Lach
Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Beata Bierońska-Lach
Polskie Radio PiK "Zwierzenia przy muzyce" - Jan Kanty Pawluśkiewicz
Kompozytor legendarnych piosenek, ale i muzyki filmowej czy utworów symfonicznych

„Myśmy wtedy robili te piosenki, bo współczesne nam się nie podobały, a więc trochę pokrętnie, nawiązując do innych brzmień, szukania innych aranży na zespół tradycyjny - skrzypce i wiolonczelę i tak dalej...”

Sobota, 25 maja godz.17:05
Kiedy ostatnio rozmawialiśmy o powstającej wówczas antologii Pana dzieł, to byliśmy świeżo po wydaniu płyty z Andrzejem Zauchą, a w tej chwili przede mną 12 płyt i to z całą pewnością nie jest wszystko, na co moglibyśmy liczyć. Czy na tych 12 płytach na razie poprzestaniemy?

- Tak, muszę na początku powiedzieć, że to jest coś fantastycznego, mianowicie kolejne okresy - 3 lata, które spędziłem na początku z panem Markiem Grechutą, potem komponowałem muzykę teatralną, telewizyjną, filmową, wreszcie duże koncerty zostały zebrane w antologię. No i teram mamy numer 12. Nie planuję na razie żadnych kolejnych, chociażby dlatego, że Polskie Radio może nasyciło się tymi dwunastoma płytami. Cieszę się bardzo, że to, co zostało teraz wydane jako numer 12. to „Pieśni doliny Jozafata”. Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby to wydać.
Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Magda Jasińska
Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Magda Jasińska
Przede mną właśnie ta płyta z wyjątkowymi wykonawcami, bo chyba nie skłamię jak powiem, że Elżbieta Towarnicka jest Pana ulubioną sopranistką, ale również Magdalena Idzik, Iwona Socha - bardzo piękne głosy i Aleksander Kruczek, czy Kamil Zdebel - świetny baryton. W związku z tym ta płyta daje nam więcej smaku i ochoty na jeszcze. Ja w ogóle bardzo lubię właśnie tę Pana twórczość…

- Nie spodziewałem się takiego kierunku rozmowy, ale jeśli tak, to rozumiem, że zyskuje w pani sojusznika, bo to są takie rzeczy, które mogą mieć znamiona jakiegoś dziwadła muzycznego. Słowa - Dante Alighieri, Leszek Aleksander Moczulski - to wszystko oprawione takim dużym zespołem. Pozwolę sobie jeszcze na podziękowania Orkiestrze Beethovenowskiej, połączonym chórom i pani Ewie Strusińskiej, która to pięknie przygotowała i poprowadziła… Czy dobrze czuję się w takim zestawieniu muzycznym? A wie pani, że od jakiegoś czasu tak, ale moja obecność tutaj w Polskim Radiu przypomina mi czas, kiedy na lekko ugiętych nogach, tutaj na parterze, na Malczewskiego w Warszawie przygotowywałem jedną z piosenek. Pamiętam „Nie chodź dziewczyno do miasta” ze słowami Andrzeja Nowickiego. To nagranie powstało pewnie dzięki życzliwości inżyniera, który nagrywał i który tak miło, życzliwie przyjął wprawdzie niewielki zespół, bo 4 czy 5 – osobowy. Teraz pojawiają się inne skłonności, niezależnie od całej gamy znaczeniowej tego słowa. Zaczęło się to już jakiś czas temu, kiedy na prośbę Leszka Aleksandra Moczulskiego skomponowałem „Nieszpory Ludźmierskie” i to było przedsięwzięcie radykalnie inne niż dotychczasowe kompozycje, które się nagrywało w niewielkich na ogół składach. Zespoły, które prowadziłem były sześcio – siedmioosobowe, a tu teraz pojawił się o wiele większy skład niż zespół Anawa. Stawiając partyturę czy nuty stajemy przed ważnym egzaminem przed muzykami i tymi, którzy potem tego słuchają. Do jakiego stopnia ten facet ma czelność zaproponować nam słuchanie nagrania z 60-osobowym chórem, sześcioma solistami. W kręgu moich zainteresowań jest różnorodna tematyka. Mam pewność, że ciekawsze są „Harfy Papuszy”, które nagrałem 2 lata po „Nieszporach”. To są rzeczy, które mnie fascynują, a więc duży aparat wykonawczy, duża orkiestra, różnorodni soliści, a szczególnie kiedy mamy do czynienia jeszcze z różną estetyką, bo trudno szukać czegoś wspólnego - oprócz urody głosu - pomiędzy panią Elżbietą Towarnicką a panem Grzegorzem Turnauem.

To inne światy, ale uroda jakże fascynująca, a Pan lubi „mieszać” w tych różnych światach muzycznych i świetnie się Pan w tym czuje.

- Tak - jako mieszaniec z urodzenia, ale to może wynika z takiego rodzaju niecierpliwości, może nie dlatego, żebym miał jakiś rodzaj ADHD. To tylko pewnie dlatego, że architektura, którą studiowałem przez 6 lat, przed wielu laty, zachęca do poznawania tak różnych światów. Już w architekturze poznajemy na przestrzeni wieków wnętrza, rzeźby, malarstwo, a więc ten rodzaj przekazu artystycznego, który bardzo pobudza wyobraźnię. Ja co prawda nie zrobiłem dyplomu, jednak te światy zostały mi szczęśliwie przybliżone i różnorodność tych światów w takiej wędrówce poprzez obyczaje, poprzez lata, to wszystko się przełożyło na moje zainteresowania muzyczne.

Trzeba mieć to coś w sobie, żeby tworzyć krótkie formy 3 - 4 minutowe jakimi są piosenki, które są w Pana przypadku nieśmiertelne – np. „Tango Anawa” czy „Niepewność”.

- Akurat wymieniła Pani tytuły, które doczekały do dzisiejszego dnia, można ich od czasu do czasu posłuchać, ale odpowiadając serio, myśmy wtedy robili te piosenki, bo współczesne nam się nie podobały, a więc trochę pokrętnie, nawiązując do innych brzmień, szukania innych aranży na zespół tradycyjny - skrzypce i wiolonczelę i tak dalej.
Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Magda Jasińska
Jan Kanty Pawluśkiewicz Fot. Magda Jasińska
A lubi Pan swoje piosenki w nowych wykonaniach?

- Owszem, może jestem szczęśliwy, bo nie przywiązuję się ortodoksyjnie do oryginalnych wykonań. Oczywiście są pomyłki. Czasem to wynika z tego, że artysta nie przywiązuje wagi do znaczenia słów, co - wydaje się - może poszerzać sferę wolności, ale niekoniecznie dobrze się kończy. A te słowa, przynajmniej te, z których myśmy korzystali, z poezji – Tuwima, Przybosia czy Herberta to była pewnego rodzaju klasyka, ale równocześnie fascynujące piękno języka, frazy. Współcześnie można się przyjrzeć temu, co to jest za świat, w jaki wchodzimy przy pomocy tych melodii, które zostały do tego napisane.

A z drugiej strony mamy taką piosenkę jak z filmu „Wodzirej”, która też przetrwała.

- No, tu bym nie był taki pewny czy przetrwała. To była bardzo dobra propozycja, bardzo ciekawa dla mnie propozycja napisać muzykę knajpianą do „Wodzireja”.

Ale Pan też pogrywał taką muzykę na fortepianie?

- Tak – mogę dziś się przyznać, że tak wówczas powiększałem możliwości mojej sfery budżetowej, grając podczas studiów do tańca z różnymi zespołami. To wszystko jak się okazuje jest bardzo potrzebne, może nie jest konieczne, ale potrzebne.